Dobre książki wagi lekkiej 10 czerwca, 2025
Isabele Allende „Wiatr zna moje imię”. Chwała wciągającym wyciskaczom łez.
Chwała wciągającym wyciskaczom łez, zwłaszcza kiedy angażują w słuszną sprawę: budzenia empatii. „Wiatr zna moje imię” Isabele Allende to nie jest powieść pokroju najlepszych tytułów pisarki (niezmiennie stawiam tu „Dom duchów”), ale czytało mi się ją wyśmienicie i z radością dodaję ją do grupy: #dobreksiążkiwagilekkiej Połknęłam ją i zapomniałam w tym czasie o bożym (a raczej niebożym) świecie.
Rzemieślniczo to jest majstersztyk, bo kunsztownie splatają się w niej liczne losy rozpościerające się w ciągu ostatniego wieku. Jest mały żydowski chłopiec z Wiednia, utalentowany skrzypek, który musi w czasie wojny uciekać przed nazistami i samotnie rozpoczyna nowe życie w Londynie. Anita, niedowidząca dziewczynki z Salwadoru, rozdzielona na granicy Stanów Zjednoczonych z matką. I wielu innych osób o imigranckich korzeniach.
Jest o tym, jak wiele czasem trzeba stracić, żeby przetrwać. I o dobroci innych, bez której by się nie udało.
Lubię Allende, bo mimo, że jej proza w założeniu ma wywoływać emocje, w moim odczuciu nigdy nie przekracza granicy sentymentalizmu, która byłaby dla mnie nie do zniesienia. A do tego ma pisarka rozmach i talent jeśli chodzi o odmalowywanie historycznego tła.
Od nastoletniości zaczytywałam się w Marquezie. Wg mnie napisał tylko dwie naprawdę znaczące powieści: „Sto lat samotności” i „Miłość w czasach zarazy”. Reszta jego dorobku nawet się do nich nie zbliża. Nikt jednak nie ma wątpliwości co do tego, że wielkim pisarzem był. Podobnie moim zdaniem jest z Allende. Ale łatwo nam przychodzi dyskredytowanie jej jako autorki literatury „kobiecej”, pod publiczkę. Z czym niniejszym dyskutuję.
Aga Szynal