Literatura piękna 14 października, 2026
To teraz moja ulubiona powieść Woolf. „Do latarni morskiej”.
Virginia Woolf jest dla mnie przykładem pisarki, do której musiałam dorosnąć. Doceniałam ją zawsze. Zachwycam się – dopiero teraz. Na przestrzeni ostatnich kilku lat odświeżam sobie jej teksty, przeczytałam też jeden wcześniej mi nieznany „Orlando”. Każdy przykuwa mnie do siebie i wprowadza w specyficzny rytm myślowy charakterystyczny dla frazy modernistki.
„Do latarni morskiej” pamiętałam jako jedną z nudniejszych pozycji w jej dorobku, pewnie dlatego sięgnęłam po nią po raz drugi czy kolejny w ostatniej kolejności. Teraz – to chyba moja ulubiona książka.
Dzieje się w letniej rezydencji na Hebrydach. Dostajemy jeden dzień z życia państwa Ramsayów i ich gości, nakładające się na siebie strumienie świadomości każdego z nich. Słowem – kwintesencję stylu Woolf. Wszyscy odbijają się w oczach wszystkich, przy czym jest to równie chybotliwie jak nastroje poszczególnych osób. Pani Ramsay dba o atmosferę, niejako zarządza każdą chwilą starając się nadać jej znaczenie, na którym jej zależy, utrwalając ją. Czyniąc jakąś, konkretną. Godną zapamiętania?
Mija dekada. W tym – wojna. Wiele się w tym czasie zmienia. I znów jesteśmy w rezydencji. I znów, jak wtedy przed laty, planowana jest wyprawa do latarni morskiej.
Dzięki tej perspektywie czasowej udaje się Woolf wyrazić sens powieści:
„Jaki jest sens życia? Oto wszystko – proste zupełnie pytanie. Z latami jednak człowiek coraz głośniej je słyszy. Ale moment wielkiego objawienia nie przychodzi – i może nigdy nie przyjdzie. Zamiast niego zdarzają się małe olśnienia, krople jasności, które jak zapałki rozbłyskują w ciemności (…)”.
Jakie są te przebłyski jasności?
Warto podejmować te małe, codzienne wysiłki dla zachowania chwili, dla ukonstytuowania atmosfery, w której można się ogrzać, która powala innym poczuć się bezpiecznie, rozwinąć się. Jeden zwykły dzień sprzed lat – to czasem dużo. Wspaniale to myślenie jest zestawione z rozważaniami pana Ramsaya, który przez większość czasu zamartwia się, czy aby jego dzieło naukowe jest dostatecznie wiekopomne, czy zostanie docenione i zapamiętane przez potomnych. Piękna pani Ramsay zajmuje się pozornie „niczym”. Odczytywaniem potrzeb innych, odpowiadaniem na nie. Pielęgnacją rzeczy tak ulotnych jak kwiaty i nastroje ludzi.
Co naprawdę zostaje?
Im więcej mam lat, tym mocniej zbliżam się do pani Ramsey.
Przekład: Krzysztof Klinger
Aga Szynal
Więcej postów
Dorastanie. Przyjaźń. Dobra literatura. „My, kruche kawałki mięsa” Colwill Brown.
02 października, 2026