Literatura faktu 22 czerwca, 2023
„Moja ukochana i ja”. Kiedy proza autobiograficzna jest dobrą literaturą.
„Moja ukochana i ja” poruszyła mnie, bo nie da się jej sprowadzić do publicystycznej naskórkowości traktującej o obszarze podpisanym metką: miłość kobiety do kobiety, Polska na przestrzeni lat, czyli dlaczego wciąż jest źle. [Przecież wszyscy to wiemy]. Prostota i intymność tej książkowej relacji jest wprost powalająca. Choć tak, Lis poprzez prywatne opowiada nam to, co społeczne. Dziwny, klasowy galimatias panujący w Polsce, zamrożony przez PRL, nieprzepracowany do tej pory. Płciowe stereotypy, w których wyrastała i jednocześnie rzeczywistość ówczesnych kobiet-siłaczek, jeszcze mocniej upupiającą.
„Nie potrzeba nam dzisiaj, jak sądzę, dysocjacji przez sztukę, tylko komunikacji, dzielenia się i więzi”.
Ze mną Lis komunikuje się diabelnie skutecznie. Zarówno wtedy, gdy mówi o rzeczach, które znam, jak Centrum Onkologii na Roentgena, czy zniknięcie pomnika Czterech Śpiących z centrum Pragi, jak i wtedy, gdy przedstawia kwestie, których nie doświadczyłam, jak tolerancja, ale już nie akceptacja jej Ukochanej przez dalszą rodzinę, czy strach o to, że zostanie się bez własnego mieszkania po śmierci najbliższej osoby. Odbieram. Czuję. Co więcej, na tym się nie kończy. Jest to dla mnie również ferment intelektualnie twórczy.
Wciąż wraca do mnie pytanie: co różni dobrą literaturę autobiograficzną od złej? Chętnie posłucham Waszych odpowiedzi. I nazwisk, które umieścicie po jasnej stronie mocy. Ja na pewno: Ginsburg (ostatnio przypomniała mi o niej Zeruya Shalev, kiedy spytałam o jej ulubione autorki), Gornick, Ditlevsen, Didion. Rottenberg w „Proszę bardzo”. Zbroja w „Mireczku”. Kto da więcej?
Tytuł Renaty Lis bez najmniejszych wątpliwości zaliczam do udanych przykładów tego nurtu (który potrafi mnie też ostro irytować).
Aga Szynal
