Literatura piękna 18 listopada, 2024
„Dzikie bezkresy”. Utopia kusi, ale Lauren Groff nie daje się złapać.
Lauren Groff nie była moją miłością od pierwszego wejrzenia. Zaczęłam od „Wyspy kobiet” i chociaż nie mogę nic zarzucić temu tytułowi, to ze mną nie do końca zagrał, bo bardzo rzadko udaje mi się wejść w powieści historyczne umiejscowione w tak odległym czasie.
Z każdą kolejną jej książką zakochiwałam się jednak bardziej. „Dzikie bezkresy” pozostawiły mnie w zachwycie.
Trochę kojarzą mi się z Diazem i jego „W oddali”, trochę ze „Ścianą” Haushofer, bo tak jak w tamtych jest tu samotność w dzikiej przyrodzie, codzienna walka o przetrwanie. Groza. Piękno. Pokora. Siła woli.
Jakościowo – to także ta liga.
Poznajemy (bezimienną) bohaterkę, gdy ucieka z osady, którą morzy głód i zaraza. To Ameryka i era jej kolonizacji. Osada, jak się potem dowiemy, jest angielska. Bohaterkę z jakiegoś powodu będą ścigać. Ona chce przedostać się na północ, do Francuzów.
Ma nóż. Dwa koce. Kubek. Buty. Naokoło sroga zima.
Wbrew pozorom to bardzo aktualna opowieść o ludzkiej doli (choć wyraźny jest w niej kontekst kobiecy). Gdy już sądziłam, że Groff otrze się o utopię, pisarka wybrała inną ścieżkę, dzięki której, kończąc ostatnią stronę, cała jestem jej.
Jakiej by w przyszłości formuły pisarskiej nie wybrała, będę czytać.
Tłumaczenie: Jerzy Kozłowski