Literatura piękna 25 września, 2025
Ta rebelia ma mnie po swojej stronie. „Anne z Zielonych Szczytów” Lucy Maud Montgomery w tłumaczeniu Anny Bańkowskiej.
Tam nie było żadnego wzgórza!
Wyobrażacie sobie?
Sadziłam, że nowe tłumaczenie nie jest mi do niczego potrzebne. Bo przecież Ania była z Zielonego Wzgórza a nie żadnych tam Zielonych Szczytów. Jak to w ogóle brzmi i na co to komu?
Sięgnęłam wyłącznie dlatego, że kupiłam książkę synowi, jako lekturę. No i (dobrze, już dobrze) trochę byłam jednak ciekawa. Tłumaczenia i tego jak odbiorę lekturę Lucy Maud Montgomery po długim czasie.
No i ta rebelia tłumaczki Anny Bańkowskiej ma mnie ostatecznie całą po swojej stronie! No bo właśnie – autorce wcale nie chodziło o wzgórze. Miała słabość do swojego „gable room”, a więc pokoju pod szczytem, czyli trójkątnym spojeniem dwuspadowego dachu. Dla budownictwa z okolic Avonlea szczyty są bardzo charakterystyczne, niektóre domy mają ich nawet po kilka.
Dalej – wreszcie nabrała dla mnie sensu scena, w której Anne prosi żeby ją nazywać Anne z „e” na końcu a nie po prostu Ann. To tu się objawia cała wyobraźnia bohaterki! Zawsze mi zgrzytało, że chciała być „Anią” a nie „Anną”, to w moim odczuciu infantylizowało wydźwięk całości.
Wolę Marillę zamiast Maryli, Matthew zamiast Mateusza. I tak dalej. Chcę czuć kanadyjskość (w jej powiązaniu z brytyjskością).
No i majowe kwiaty – majowniki – też mnie mają!
Kto by się oparł majownikim?
Bardzo byłam również ciekawa jak wypadnie ten powrót pod kątem literackim. Czy aby Anne z perspektywy mnie dorosłej nie będzie irytująca? Czy magia Avonlea znów zadziała?
Jeszcze jak zadziałała! Być może dopiero teraz właściwie doceniam zachwyt przyrodą, który ma w tej powieści ogromny ładunek emocjonalny. A Anne z „e” na końcu na wielu poziomach jest mi wciąż bliska. Zwłaszcza jako „autorce” ciasta z solą. I całej masy innych wpadek spowodowanych bujaniem w obłokach.
Uwielbiam zresztą to połączenie bujania w obłokach i twardego stąpania po ziemii prezentowane przez bohaterkę powieści Montgomery. Ta książka jest taka „dziewczyńska” w najlepszym tego słowa znaczeniu i jednocześnie tak bardzo emancypacyjna. Pisarka była prawdziwą rewolucjonistką, od razu przeskoczyła fazę „bądźmy jak mężczyźni, nie jesteśmy gorsze” do „bądźmy jakie chcemy, a i tak rywalizujmy jak równe z równym”.
„Anne z Zielonych Szczytów” to lektura, która wyjątkowo pięknie się starzeje. I bardzo się cieszę, że całe rzesze uczennic i uczniów będą dzięki niej otwarte na siłę wyobraźni. A kwitnąca czereśnia czy jabłoń będzie się im, jak mnie, kojarzyć z panną młodą.
Aga Szynal