Literatura piękna 26 listopada, 2023
Zachwyt nad polską prozą, czyli „Toń” Ishbel Szatrawskiej.
Nie dało się jej odłożyć. A kiedy kończyłam miałam ciarki.
Wydaje Wam się, że „Hersh…” jest znakomity? Owszem. Mnie też. Ale to jeszcze nic w porównaniu z najnowszym tytułem Szatrawskiej. Ona najwyraźniej diabelnie dobrze umie w pisanie, niezależnie od gatunku. A tym razem zaserwowała nam powieść. Wielowątkową. Rozbudowaną. Splatającą mistrzowsko różne plany czasowe.
Miejsce akcji: dawne Prusy Wschodnie. Z całą ich etniczną złożonością, którą tak skutecznie pudrowano w PRL-u. Z uchodźctwem, które jest wpisane w to miejsce (na ten plan nakłada się wymownie to, co dzieje się teraz na białoruskiej granicy; w sposób mądry i bardzo zniuansowany, co doceniam, bo najtrudniej jest pisać z samego środka dziania się historii).
I ta perspektywa kobieca! (Która nie przeszkadza autorce uczynić autorce jedną z najlepiej zarysowanych psychologicznie postaci niemieckiego doktora). Wreszcie tak wyraźnie słychać ten głos, kobiece spojrzenie na wojnę. Widać jak na dłoni kobiecą siłę przetrwania. Ale nie jest to ani trochę schematyczne. Skutecznie również używa Szatrawska perspektywy klasowej. A nawet tej dotyczącej kapitału emocjonalnego (częściej jego braku), o którym pisała ostatnio swoim artykule dla Miesięcznika Znak Ania Cieplak. Wszystko tu jest wielowymiarowe. Znaczące. Na miejscu.
Potrzebujemy opowieści, żeby żyć. Potrzebujemy opowiadać sobie samych siebie i świat. Potrzebujemy opowieści innych osób, żeby poszerzać własną perspektywę.
Szczególnie mocno potrzebujemy opowieści w tych momentach, kiedy nadchodzi duża zmiana. Kiedy mamy w sobie dużo wewnętrznych oporów związanych z lękiem. Tym najbardziej pierwotnym: o własne i naszych bliskich zdrowie, bezpieczeństwo.
Szczególnie cenię dobrą literaturę, która znajduje środki wyrazu zdolne docierać szeroko. Nie tylko do pasjonatek, pasjonatów. Krytyczek, krytyków. Ludzi z pewnym warsztatem odbioru. Zmienić coś w tym obszarze, to niemal nic nie zmienić, tak małe to grono.
A Szatrawska pasjonująco, tak, że jestem pewna, porwie wiele osób, bo buduje w głowie czytającej, czytającego niezapomniane obrazy, opowiada nam o czymś na wskroś współczesnym: o uchodźcach. Imigrantach. Dzięki temu wszyscy mamy szansę rozumieć i czuć. Mówi o tym, co teraz, ale przede wszystkim zagląda do naszej historii, grzebie w splątanych korzeniach.
Przy okazji tworzy też w postaci Maxa, niemieckiego lekarza, idealny obraz przyzwolenia na zło:
„Pomyślę” – mówi Max (inteligentny, oczytany, wrażliwy). A przecież czasem życie wymaga po prostu podjęcia decyzji. Opowiedzenia się za czymś. Wieczne odwlekanie, intelektualne i emocjonalne rozbabranie zostawia czyste pole dla rozmaitych złoczyńców. Można być pewnym, że je wykorzystają.
Pełen zachwyt. Jest w pisaniu Szatrawskiej jakaś niespożyta dawka energii, siła witalna nie do zatrzymania. Moc, która pozwala utrzymać się na powierzchni każdej toni. I patrzeć na nią odważnie choć nie bez trwogi.
Nie przeczytać „Toni” to ogromna strata.
Aga Szynal