Literatura piękna 17 września, 2025
„Dziewczyna o zielonych oczach” Edny O’Brien. Kobieca walka o autonomię w katolickiej Irlandii.
Lektura najpierw „Irlandzkiej dziewczyny”, autobiografii Edny O’Brien wydanej ostatnio przez Czarne, a potem „Dziewczyny o zielonych oczach”, którą zafascynowana wielką a zupełnie mi nieznaną pisarką wygrzebałam gdzieś wśród staroci, pozwala mi naocznie stwierdzić, że wątki autobiograficzne w „Dziewczynie o zielonych oczach” są więcej niż ewidentne. I to jest na pewno baza wielkiej siły rażenia tej powieści. Trzeba pisać o tym, co Cię bardzo obchodzi. A najczęściej obchodzi nas to, co znamy.
Ale najbardziej fascynuje mnie to jak Edna O’Brien twórczo podchodzi do konstrukcji tej opowieści, jak odchodzi od ścisłych związków z rzeczywistością, dając się ponieść pewnej większej prawdzie – psychologicznej, społecznej prawdzie tworzonej przez siebie historii. Wychodzi jej to znakomicie!
I tak jak czytając „Irlandzką dziewczynę” z trudem wierzyłam (choć musiałam, bo wiedziałam, że to autobiografia) w ojca, który przyjeżdża siłą odbić córkę z rąk jej kochanka (naprawdę?! To było jeszcze możliwe tak niedawno? W Europie?), tak w powieści nie miałam żadnych wątpliwości, byłam w emocjach tej dziewczyny, bałam się wraz z nią, skulona pod łóżkiem.
Świetnie się to czyta, nawet po tylu latach. Od razu skojarzył mi się ten tytuł z „Kobietą do zjedzenia” Atwood. Tam też jest z polotem i lekkością pióra o kobiecym losie, też jest miasto i dwie mieszkające razem przyjaciółki i ich relacje z mężczyznami. Tyle, że ówczesna katolicka Irlandia jest jednak mroczniejsza niż Kanada.
Aga Szynal