Literatura piękna 13 października, 2025
Wciągająca powieść pełna filmowych obrazów. „W dobrych rękach” Yael Van Der Wouden.
Ta powieść bardzo dobrze mi zrobiła na jesień. Wspaniały eskapizm, czyli totalne zanurzenie się w historię, jest z nią raczej gwarantowany. I choć nie jest idealna, to paradoksalnie nawet wtedy gdy być może nie do końca udaje jej się unieść temat wagi najcięższej (jak napisała Aleksandra Majak w recenzji w „Polityce”, a ja się z nią zgadzam) jest w pewien sposób rozrzewniająca i ta słabość staje się ostatecznie w moim odczuciu również jej mocną stroną. Bo czy nie jest tak, że sami sobie też wydajemy się czasem w życiu zwyczajnie za mali na pewne tematy?
I mimo wszystko, co dla mnie najważniejsze, jest dla mnie wiarygodna. Choć mogłoby się wydawać, że łączą się w niej zbyt odległe kwestie.
Scenografia: Holandia, lata sześćdziesiąte. Bohaterowie: trójka rodzeństwa, Isabel, Louis i Hendrik, właściciele domu do którego wprowadzili się w czasie wojny jako dzieci. Teraz mieszka w nim tylko Isabel, pryncypialna samotniczka, strażniczka tego, co było, choćby pięknej porcelany w zające, którą uwielbiała ich zmarła mama. Pewnego dnia pojawia się w nim również Eva, nowa dziewczyna Louisa. Kluczowa postać, uruchamiająca akcję.
Jest tu wątek żydowskiej własności utraconej (i przejętej przez innych) w latach czterdziestych. Wątki homoseksualnego romansu i związku oraz związanego z nimi ostracyzmu społecznego. Dziecięca trauma spowodowana dorastaniem w czasie wojny oraz różne jej nasilenie w zależności od miejsca, w którym obsadziła cię historia.
Przepadam, gdy czytając powieść widzę gotowe, żywe obrazy, niczym w filmie, a tu się tak działo.
Lubię też takie literackie smaczki jak ten, że ważny dla książki motyw gruszek, podpowiedziała Yael Van der Wouden Alice Winn.
To zdecydowanie jeden z tych przypadków, kiedy wciągające czytadło jest jednocześnie wysokiej klasy literaturą piękną. Shortlista Bookera i Women’s Prize for Fiction są na to dowodem.
Aga Szynal