Literatura piękna 20 października, 2025
„Opowieść dla przyjaciela” Haliny Poświatowskiej. Autofikcja wolty.
Dopiero co skończyłam „Woltę” Joanny Gierak-Onyszko i gdy tylko zaczęłam czytać „Opowieść dla przyjaciela” nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest tak, jak gdyby to była kolejna z tych opowieści o wolcie. Niechcianej zmianie, z którą trzeba się zmierzyć, żeby móc mimo niej zbudować własne życie po swojemu.
Poświatowska zmaga się z chorobą serca, która dotknęła ją już jako dziewczynkę i uniemożliwiła normalne funkcjonowanie. Szpitale. Ciągłe leżenie w łóżku. Zakazy na wszystko. To była jej rzeczywistość.
Jak silną musiała być osobą, że stworzyła na tej kanwie tak wyjątkowe życie pełne poezji, miłości, przyjaźni, ale też fascynacji światem.
Jak niekonwencjonalną, jeśli umiała sprzeciwiać się oczekiwaniom, nawet darczyńców, których dobrym intencjom zawdzięczała życie i działać w zgodzie ze sobą. A potem – zmieniać zdanie, znów tak, jak jej w duszy zagrało.
Niemal nie znając angielskiego, tuż po zagrażającej, wyczerpującej operacji zostać w Stanach i dostać się na dobry uniwersytet – to jest coś, co ogromnie mi zaimponowało!
Bałam się, że ten powrót do czytania Poświatowskiej będzie nieudany (w liceum przeczytałam wszystko jej autorstwa, co wpadło mi w ręce, ale nie pamiętam, czy również „Opowieść dla przyjaciela”), że może się to okazać poetka młodości – jednak zupełnie nie. Teraz podziwiam ją o wiele bardziej, bo więcej już rozumiem.
Dodatkowo – to jest pięknie językowo napisane, a zupełnie nie jest fragmentaryczne. To spójna autofikcja najwyższej próby.
„Słyszę szum spienionej wody i czuję, jak w mojej piersi delikatnie uderza najczulszy z wszystkich odmierzających czas instrumentów – serce. Jest jeszcze słabe, ale bije dzielnie i z wielką cierpliwością przetacza ciepłą krew. Posłuchaj, przyjacielu, te wszystkie kartki to tylko jego rytm”.
Aga Szynal