Dobre książki wagi lekkiej 22 lutego, 2026
„Mara” Małgorzaty Domagalik. Wolna miłość i feminizm.
Zawsze była mi bliska literatura eksplorująca temat seksualności; mam jednak to, najczęściej jak się okazuje nadwymiarowe, przekonanie, że takie książki muszą trzymać pewien literacki poziom i głębię. Nader rzadko więc czytam więcej niż jedną, dwie strony takich pozycji, najczęściej od razu wiem, że to nie dla mnie.
Zabierałam się więc do „Mary” jak pies do jeża, pełna nieufności, mimo, że cenię od lat Małgorzatę Domagalik. I nie od razu dałam się przekonać, bo początkowo narracja podzielona na kilka różnych firm wydawała mi się zbyt szarpana.
Ale ostatecznie – kłaniam się autorce. Chcę opowieści o nienasyconych, niezależnych kobietach i taką tu dostałam. Dwóch kochanków, Warszawa, Berlin, surowa Finlandia; niegasnące pożądanie. Zero pruderii, mocne spełnienia. Dobre pióro.
Ale przy tym – jest wiele więcej. Bo to również opowieść o bohaterce, która nie boi się być sama. Więcej, umiejętność stanięcia pewnie na własnych nogach, uważa za warunek wstępny udanego związku (choć bycia w związku wcale nie traktuje jako konieczności). Jest tu pochwała autonomii. A także – rozpoczęcie dyskusji o kobiecości w ogóle. Rozpychanie się z byciem sobą wśród stereotypu feminizmu, głośne przyznawanie się do tego, że potrzebuje się pożądania mężczyzn, że ono nie jest uwłaczające, że można je sobie brać, jeśli się chce. Mara chce.
Wszelkie akty autonomii opartej na pełnej świadomości własnych potrzeb zawsze mają mnie po swojej stronie. Niczego tak się nie boję jak sztywnych gorsetów, które dostaje się gotowe do przyłożenia do własnych chęci; takowe mnie cisną, pozbawiają oddechu. Sama wiem, czego chcę. Kropka.
Małgorzata Domagalik poszła w tym pisaniu swoją drogą. To jest inspirujące, ciekawe, do rozmowy.
Aga Szynal