Literatura piękna 17 marca, 2026
„Pokój Vilhelma”. Pożegnanie z Tove Ditlevsen.
U kogo nazwisko Ditlevsen wywołuje odruch sięgnięcia po swoją listę czytelniczą i dodania pozycji?
„Pokój Vilhelma” to ostatnia powieść Tove Ditlevsen napisana przed samobójstwem. Pisana w trzeciej osobie, ale miejscami pisarka łamie tę narrację i wpuszcza siebie, miesza autofikcję z fikcją. Poruszył mnie ten, dość oszczędnie zresztą stosowany, zabieg.
Tak zresztą jak i cały „Pokój Vilhelma”.
To książka o rozpadzie związku, który nie potrafi się na dobre rozpaść choć trwać też nie. Główna bohaterka, Lily, to uznana pisarka pochodząca z robotniczej rodziny, ewidentnie alter ego autorki. Vilhelm, ojciec jej nastoletniego syna, intelektualista, który niegdyś pomógł Lily wyjść z nałogu, wyprowadza się z ich wspólnego lokum do innej kobiety. Lily dochodzi do siebie w zakładzie psychiatrycznym. Jej nowo poznana znajoma pisze w jej imieniu ogłoszenie szukając męskiego zastępstwa w opustoszałym mieszkaniu; wywołuje skandal.
Rozmiar ma ta powieść niewielki, ale wcale nie czyta się jej szybko, bo jest niejako zagęszczeniem wszystkich wątków ważnych w prozie Ditlevsen. Rozdźwięk, który od początku napędzał ją do pisania, znajduje tu ostatecznie ujście; nie jest to niestety szczęśliwe zakończenie. Dziury pomiędzy pochodzeniem, poczuciem braku miłości w dzieciństwie a talentem nie dało się zasypać w codziennym życiu. Czy do tego doszła zazdrość o tenże talent ze strony Vilhelma? Prawdopodobnie (i to mi się łączy z „Dziewczyną o zielonych oczach” Edny O’Brien).
Dla fanów Dunki – pozycja obowiązkowa. Gdybym miała zaczynać z Ditlevsen, wróciłabym jednak do początków („Ulice dzieciństwa” albo „Trylogia kopenhaska”). Wydaje mi się, że w ten sposób „Pokój Vilhelma” wybrzmi pełniej.
Aga Szynal