Literatura piękna 21 lutego, 2026
Niefabularna proza o dużej sile rażenia. „Szum” Magdaleny Tulli.
Miała to być mocarna literatura piękna i niewątpliwie jest. Jak to się dzieje, że tak o niej w gruncie rzeczy cicho, nie wiem, bo to wysoka półka polskiej prozy. Tyle, że z gatunku tej trudnej.
Ciężko znaleźć odpowiednie słowa na „Szum” Magdaleny Tulli, bo to pisanie szalenie wsobne, które tworzy własny wszechświat przesiąknięty metaforami. Są rozmowy z lisem, Warszawa pełna duchów esesmanów, sąd najniższy, telefony do zmarłych; jak to zabrzmi poza tym wszechświatem, ciężko powiedzieć. A jednak w nim samym to jest głęboko osadzone, na miejscu. Ma swoją melodię, smutną, ale taką, która wpada w ucho, łatwo się ją zapamiętuje.
Skąd się wziął ten kosmos wcale niewymyślony? Tulli mierzy się ze swoim dzieciństwem dziecka lat pięćdziesiątych wychowywanego przez matkę Żydówkę, która przeżyła Zagładę i, jak wiele osób w tym czasie, odcięła się całkowicie od przeszłości, zamilkła na jej temat, sądząc, że w ten sposób zamyka ją na cztery spusty. Ma męża, córkę, toczy „normalne” życie. Chroni się w gorsecie.
Duchy wyłażą mimo to, przez córkę. Warszawski szum jest ich zresztą w owych latach pełen. Koleżanka bohaterki ma w szafie trupa śląskości, rodzinę w Wermachcie. Ojciec narratorki, Włoch, który walczył w antyfaszystowskiej partyzantce, wlecze za sobą widma zastrzelonych wrogów w niemieckich mundurach. Warszawa zacisnęła zęby, odbudowuje się, ale nic nie znika, gruzy są także w ludziach.
Wyjątkowa, kompletnie niefabularna proza o dużej sile rażenia.
Aga Szynal