Literatura piękna 24 listopada, 2023
„Pani Dalloway powiedziała, że kwiaty kupi sama”, czyli magia powrotów.
Wydawało mi się, że czytałam wcześniej „Panią Dalloway” dwa razy, ale gdy tylko zobaczyłam pierwsze zdanie: „Pani Dalloway powiedziała, że kwiaty kupi sama” przypomniałam sobie, że przecież wracałam też do tej powieści w czasie pierwszej fali pandemii; ostatecznie zatem nie wiem ile razy tak naprawdę miałam z nią styczność. Jedno jest pewne, musiałam do niej dorosnąć. Stopniowo.
To nie jest tak, że nie wzięłam z niej zupełnie nic jako dwudziestolatka. Lektura i wtedy była w jakiś sposób owocna. A jednak czułam, że zostaję nieco za szybą. Muskam, ale nie biorę pełną garścią. Nie wpuszczam w krwiobieg.
„Pani Dalloway” cała napisana jest subtelnościami. Stanami duszy, które zaraz zamieniają się w zupełne swoje przeciwieństwa. A przy tym nurza się po uszy w banale codzienności. Czyniąc go środkiem sensu. Nie przypadkiem główną bohaterką jest właśnie pani Dalloway, stateczna żona i matka, która zajmuje się zorganizowaniem przyjęcia.
To właśnie sprawia, że obecnie jest to dla mnie lektura wyjątkowa. I jednocześnie to samo sprawiało, że kiedyś ciężko było mi ją wziąć w siebie. Co zresztą współgra znakomicie z faktem, że kiedyś w krwiobieg wpuszczałam głównie pisanie mężczyzn. Wojna domowa w Hiszpanii w lapidarnych zdaniach Hemingwaya, a nie zastanawianie się nad tym, czy naprawdę trzeba zaprosić na przyjęcie jakąś starą ciotkę.
Teraz czytam Woolf z należnym jej zachwytem.
Aga Szynal