Literatura faktu 10 listopada, 2022
„Dzienniki raka” Audre Lorde.
Udawajmy, że nas nie ma. Nie psujmy innym ich dobrego samopoczucia. Poradźmy sobie ze swoim bólem i cierpieniem sami. W końcu przecież pewnie sami zasłużyliśmy na tego raka? Coś robiliśmy źle, dlatego to właśnie nas to spotkało. Audre Lorde przeciwstawia się temu podejściu. Wyciąga raka na światło dziennie i mówi: to nie moja wina, że zachorowałam. Może zamiast tego przyjrzyjmy się temu, co robimy z powietrzem? I z jedzeniem? Jak bardzo jako gatunek ludzki wpłynęliśmy na środowisko, w którym przyszło nam żyć? To tam tkwią przyczyny chorób cywilizacyjnych. Raka też. Padło na mnie, ale mogło też paść na ciebie.
„Pomysł, żeby wywołać u chorej na raka poczucie winy dlatego, że zachorowała, traktować ją tak, jakby w jakiś sposób to ona odpowiadała za to, że nie była przez cały czas we właściwym stanie psychicznym, aby zapobiec rakowi, to monstrualne wypaczenie idei, zgodnie z którą nasza siła psychiczna może nam pomóc w samoleczeniu” („Dzienniki raka”).
I po drugie – nie każcie mi się wstydzić raka, krzyczy Lorde. Dlaczego mam się wstydzić? Dlaczego mam ukrywać to, że chorowałam? Dlaczego tak wiele kobiet i mężczyzn w ogóle na ten temat nie rozmawia?
To temat bardzo ważny i dla mnie osobiście. Spotykając się z rakiem w różnych formach (ja sama przechodziłam najlżejszą możliwą formę raka, moi bliscy zmagali się z cięższymi jej formami) wciąż zadawałam sobie to pytanie: dlaczego mamy się ukrywać z tym, że chorujemy? Tego żądają od nas najwyraźniej nasze wdrukowane kody kulturowe, skoro tak wielu ludzi to robi.
Napisałam w „Ja sama”:
„-Nie mów w pracy o raku – przestrzega mnie moja równie pewnie przestraszona, ale przecież zawsze wiedząca, co powinnam robić, mama. -Po co ludzie mają wiedzieć? – dodaje jakby retorycznie, a ja czuję jak coś się we mnie buntuje.
-Rak to nie syfilis, mamo – oznajmiam jak nie ja, jak Piotrek. -To nie moja wina, że mogę go mieć. Dlaczego mam się wstydzić? – podnoszę głos.
-To nie chodzi o to, żeby się zaraz wstydzić, czemu tak mówisz? – oburza się tym komunikatem mama, zdziwiona zarówno moimi słowami, jak i tonem, w którym je wypowiadam. Mój zwyczajowy spokój gdzieś się zapodział. -Ale po co ludziom o wszystkim zaraz opowiadać? Nie musisz przecież mówić szczegółów, jeszcze ci to zaszkodzi – tłumaczy cierpliwie, bardzo przecież rozumiejąca moją sytuację i zawsze pierwsza do pomocy, wie, że mogę być wytrącona z równowagi, dlatego wskazówki cierpliwie mi sączy, rozumie wzburzenie, ale zawsze byłam rozsądna, więc i tym razem powinnam zachowywać się rozsądnie, tak jak należy.
Jestem w końcu jej nieodrodną córką? Czyż nie?
Traktuje moją chorobę jako niezasłużoną słabość, która mi się przytrafiła, a o słabościach się przecież nie opowiada, słabości trzyma się w szczelnie zamkniętej skrzyneczce własnych czterech ścian i dalej nie wypuszcza. Mam to gdzieś, ja mogę mieć raka(!), inne rzeczy są nieistotne, myślę znów pełna wykrzykników, jak nie ja, co się ze mną dzieje? Mamy słuchać nagle nie chcę i jak nigdy nic mnie nie obchodzi ludzkie zdanie. Mogę mieć raka i co mi z tego przyjdzie, że się ludzie o tym nie dowiedzą? Dlaczego mam się wstydzić? Jeśli moje nieszczęście odstraszy innych, to niech sobie odstrasza, to ich problem, nie mój, rośnie we mnie jakaś nie znana mi wcześniej buta”.
Nie epatuj swoim nieszczęściem. To twoja sprawa, mówią nam głosy dookoła. Mimo, że od napisania „Dzienników raka” minęło już czterdzieści lat to to, o czym pisze Lorde wciąż jest aktualne. Przynajmniej w Polsce.
Rak jest. Nawet jeśli odwracamy oczy. Słusznie upomina się Lorde o obecność siebie jako chorej na raka kobiety w świecie:
„Musi istnieć sposób na scalenie śmierci z życiem, tak, aby ani jej nie ignorować, ani się jej nie poddać”.
„Znam ból i przetrwałam go. Pozostało mi tylko oddać mu głos, podzielić się nim, by mógł stać się użyteczny, żeby się nie zmarnował”.
Uciekamy kulturowo od tego, co naprawdę bolesne i tym samym zostawiamy rzesze chorych z ich cierpieniem. A przecież (znów Lorde):
„Wiedziałam wtedy, że jeśli przeżyję, zdołam potem żyć dobrze. Wiem, że jeśli tylko iskra życia będzie płonąć, nie zabraknie paliwa, że póki chcę żyć, znajdę najlepszy dla siebie sposób”.
A więc ten ból i świadomość śmierci można potem przekształcić na paliwo. Na wiedzę. Na dobre życie. Umykanie przed chorobą nie sprawi, że choroby znikną. Nie sprawi, że chorych nie będzie. Spowoduje tylko, że będziemy wobec raka stawali osamotnieni. Nie będzie za nami wspólnoty. Nie będzie języka, który pomaga oswoić to doświadczenie. Dlatego tak ważne jest, by o raku mówić. I pisać. Lorde czyni to wspaniale. Forma jaką znalazła nie mogła być lepsza. Połączenie poetyckich dzienników z czasów choroby z esejem pisanym już jakiś czas potem bardzo do mnie przemówiło.
Bocie się nawet zbliżyć do tematu raka? Spróbujcie literacko, z Audre Lorde.
Rak jest.
Aga Szynal
