Literatura piękna 27 października, 2025

„Płynąc do domu” Deborah Levy. Rozpacz wykorzenienia pod płaszczykiem wakacyjnej historii.

Lubię pisarki, które obsesyjnie kręcą się wokół jakiegoś wątku, dobierają się do niego z różnych stron, przyglądają się mu w różnych historiach, ewidentnie nakręcone jakimś wewnętrznym chciejstwem czy może raczej brakiem, czymś co im nie daje spokoju. I choćby wszystkim naokoło wydawało się: ile jeszcze można o tym samym, to dla nich to wciąż mało. Coś w nich każe im nie przestawać. Służą temu. Powstają wtedy rzeczy najwspanialsze.

Zatem urzekło mnie, że Deborah Levy wciąż wraca do tematu domu.

Dom to korzenie. Tożsamość. Ale i koszty – to zagadnienie  „Kosztów życia” nie może mi wyjść z głowy; koszty, jakie ponoszą kobiety budując DOM i dbając o niego.

Pozornie „Płynąc do domu” to jedna z tych wakacyjnych historii: willa z basenem pod Niceą, małżeństwo, poeta i reporterka wraz z czternastoletnią córką, ich przyjaciele. I tajemnicza ona, rudowłosa kobieta, która znienacka „burzy spokój”. Brzmi jak najbardziej wyświechtana historia.

Ta lekkość i banał są jednak złudne, bo w gruncie rzeczy to historia wielkiej rozpaczy. Dziury nie do zasypania.

Podoba mi się prostota formy, którą zastosowała Levy. Sceniczność jej wizji, w której jest swoista elegancja.

Głęboko poruszyło mnie zakończenie.

Dziękuję Dorocie Gruszce za polecenie. 

To powieść wydana w 2019 roku; więc jeśli macie ochotę z pewnością znajdziecie ją w bibliotekach.

Czytam, kiedy mam ochotę. Niekoniecznie kiedy rynek wydawniczy mówi mi, że powinnam.

Aga Szynal

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *