Literatura piękna 10 lutego, 2025
Siri Hustvedt w formie. „Co kochałem”.
Siri Hustvedt to dla mnie jedna z tych pisarek, którą od razu, gdy tylko wpadła mi w ręce jej pierwsza powieść, chciałam czytać dalej. Wyczułam duży talent. I onieśmielający intelekt.
„Co kochałem” też mnie zachwyciło. Hustvedt mniej tu meandrowała, uciekała na boki niż w pierwszej jej lekturze, z którą się zetknęłam, „Wspomnieniach przyszłości”. To bardziej klasyczna powieść. Z drobiazgowo odmalowanym światem przedstawionym, z długim trwaniem (co zawsze bardzo doceniam). Umożliwia głębokie wczucie się w sytuację głównego bohatera, wykładowcy akademickiego i jego najbliższych; żony – wykładowczyni, bliskiego przyjaciela rzeźbiarza (mieszkającego po sąsiedzku) i jego partnerki, też parającej się nauką, a także byłej żony; ich dzieci. Dwóch chłopców, którzy dzięki przyjaźni rodziców dorastają właściwie razem. W tle Nowy Jork na przestrzeni lat. I ciekawie odmalowane środowisko artystyczne oraz (zagadkowe niekiedy) kierunki jego rozwoju.
To historia bliskości i utraty. Tajemnicy kształtowania charakteru. Życia, co spada na nas znienacka dobrem i złem. Braku kontroli. Godzenia się z nieuniknionym, ale i walki o dobrą codzienność w każdych okolicznościach.
Wydała ją ponad dwadzieścia lat temu Oficyna Literacka Noir sur Blanc. Bardzo ciężko mi było ją dostać nawet w wersji z drugiej ręki. Mam wielką nadzieję, że doczeka się u nas wznowień. Podobnie zresztą jak „Świat w płomieniach” i „Lato bez mężczyzn”.
Aga Szynal