Literatura piękna 21 lipca, 2026
Pisarka, który nie zawodzi. Ann Patchett i „Święta patronka kłamców”.
Jak ona baja!
Za każdym razem jest to kompletnie różna historia i za każdym razem daję się jej porwać. Ewidentnie Ann Patchett to moja pisarka lata 2026.
„Święta patronka kłamców” to jej debiut, w Polsce wydany dopiero teraz. O Rose, dwudziestolatce, która pewnego dnia, gdy dowiaduje się, że jest w ciąży, postanawia wsiąść w samochód i uciec od wszystkiego. Od zakochanego w niej po uszy męża, od matki, którą kocha. Od całego dotychczasowego życia.
Pojawią się w tej powieści także inne perspektywy narracyjne, ale nie będę Wam zdradzać jakie, bo oznaczałoby to jednocześnie odkrycie niektórych kart fabuły, a lepiej iść z narracją samej, krok po kroku, bo to część przyjemności (a dostajemy tu dobrych kilkadziesiąt lat historii).
Po przeczytaniu czwartej książki autorki udało mi się odkryć jeden temat, który pojawia się w u niej właściwie zawsze (choć w tak różnych formach, że początkowo ciężko mi się było zorientować, że Patchett ma swoją obsesję) – macierzyństwo. I to zarówno to spełnione, gdy kobieta wydaje na świat dziecko, jak i to z różnych względów niedoszłe, tęskniące albo wręcz przeciwnie, świadomie wybrane, a także – to przybrane, adopcyjne. W „Świętej patronce kłamców” jest cała masa wątków, które wokół tego krążą. Co dla mnie ważne – bez żadnych zbyt oczywistych tez i puent. Patchett jest raczej opowiadaczką niż moralizatorką, wnioski pozostawia nam.
Jeszcze jak polecam.
Aga Szynal