BLOG O LITERATURZE KOBIET

„Darcie pierza” i pewność siebie.

Lubię felietony. To ten gatunek, który najznamieniciej obnaża inteligencję i poczucie humoru piszącej lub piszącego. Wymaga jednocześnie lekkości pióra, nieskrępowanej swobody myśli i doskonałej organizacji logicznej wypowiedzi, która zaprowadzi nas z punktu A prosto do punktu B. Oprócz tego przydaje się tak zwana wiedza ogólna i generalne obeznanie. Trzeba też być bywalczynią lub bywalcem na salonie świata na tyle pewnym siebie, by uwierzyć, że: „Jak coś powiem, to już powiem”. A inni z chęcią posłuchają.

I z tym właśnie jest ambaras. Wszyscy bowiem doskonale wiemy, jak nazywano wielce z siebie zadowoloną dziewczynkę z wierszyka Brzechwy. Jej zachowanie nie było bynajmniej „pewnością siebie”, okraszoną poklepywaniem po plecach i pomrukami w stylu „ten, to wiele osiągnie”. Nie. Było czymś piętnowanym i płci żeńskiej niegodnym. Gdzie cichość i pokora? Epitetem w nią. To „samochwała”. Może właśnie dlatego tak niewiele miałam okazji czytywać felietonistek? A tak dużo felietonistów? Nie zdziwił mnie więc zupełnie początek „Darcia pierza” Anny Dziewit-Meller, w którym ta ostatnia opowiada jak to w pierwszym momencie odmówiła zostania felietonistką „Tygodnika Powszechnego”, bo przecież, tu oddajmy głos jej samej: „Po prostu nie czuję się wystarczająco kompetentna”.

Tym bardziej się cieszę, że Anna Dziewit-Meller na pisanie felietonów się jednak zdecydowała. Bo, jak bardzo niekompetentna by się kiedyś sama nie czuła, ja czytam ją jako idealną osobę do tej konkretnej roboty. Sięgałam po jej felietony zarówno w „Tygodniku Powszechnym” (często wręcz kupowałam „Tygodnik…” dla tychże), jak i w „Polityce”. I zupełnie mi to nie przeszkadzało zabrać się do nich ponownie, tym razem zebranych w formie tomiku. Jest tam językowy polot. Jest szeroka i różnorodna wiedza. Bystry umysł. I, co ważniejsze dla mnie osobiście, są „moje” tematy, których u moich ukochanych felietonistów płci męskiej nie miałam szansy znaleźć. Codzienne potyczki samodzielnej kobiety ze schematami, w które wpycha ją patriarchat (a ona wciąż swoje). Kobieca wrażliwość na rzeczywistość, czasem przecież nie do podrobienia. Dobrze się to czyta w tej formie.

Zupełnie nie wiem, jak postrzega ten tomik sama autorka, ale (przeczytawszy dostatecznie wiele wyników badań) jestem gotowa pójść o zakład, że wiele z nas, kobiet i na tym etapie czułoby się niepewnie. No bo jak to tak? Napisałam. Wydrukowali w gazetach. Zapłacili. A teraz znów wydają to samo? Czy to aby nie odgrzewany kotlet? Czy aby ja na to zasługuję? Jak się nie naharowałam jak dzika (po raz drugi), to może mi się nic nie należy?

Otóż, w odpowiedzi na te wyimaginowane przeze mnie wątpliwości – serdecznie Wam niniejszy zbiór tekstów polecam. Czyta się je wyśmienicie. A nam wszystkim życzę dobrych przykładów kobiecej pewności siebie. I podobnej szczerości w dzieleniu się rozterkami co do tego, czy „ja się aby nadaję”. Dobrze wiedzieć, że nie jest się w tym samej. A gdy słucha się takich słów w wydaniu szanowanej przez siebie osoby, można nawet nabrać ciut śmiałości. Prawda?

Zwrócił moją uwagę jeszcze jeden aspekt tej opowieści. A właściwie dlaczego nie możesz pisać felietonów?, spytał Meller Mellerowej. Jak się ostatecznie skończyło, wiemy, więc to chyba dobry moment, żeby powiedzieć: za kobietą sukcesu (która jednocześnie chce mieć rodzinę, a na dokładkę dzieci) stoi często jakiś mężczyzna. Partner. I kiedy oglądam z synami w kinie „Skarby Mikołajka”, ze znakomitą Mają Ostaszewską, która daje głos mamie Mikołajka, uwięzionej w domu, by polerować blask życia rodzinnego, który rozświetli karierę jej męża, cieszę się bardzo, że moi chłopcy uważają tę sytuację za „dziwną”.  Teraz szmatkę do czyszczenia sreber małżeństwa i osobno, dobrostanu obojga małżonków, dzierżą już coraz częściej obie strony. Choć my, kobiety, niejednokrotnie jeszcze pewnie potrzebujemy przychylnego szeptu w odpowiednim momencie: nadajesz się.

To dobrze, gdy dajemy go również same sobie. Między innymi przykładem.

Aga Szynal

2 odpowiedzi

  1. Ja również bardzo lubię felietony choć nieufnie podchodzę do ich zbiorów, ostatnio sparzyłam się na Fran Lebowitz, ale do tego mnie chyba przekonałaś więc chętnie spróbuję. W sumie felietony są na tyle specyficzną formą, że dużo lepsza zabawa jest z czytania tych napisanych przez rodzime autorki i autorów.
    Bardzo przyjemnie czyta się Twoje dłuższe teksty, czekam na kolejny😊

    1. Ale miło Cię tu widzieć:) Jesteś pierwszą osobą, która coś skomentowała w tym miejscu, nie wracając do Instagrama. Dzięki! To miłe uczucie, dające realność temu, co robię. Masz rację – felietony chyba najlepiej czytać w wykonaniu rodzimych autorek i autorów, tematy z naszego podwórka są najbardziej interesujące w ramach tego gatunku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Więcej
Postów