BLOG O LITERATURZE KOBIET

Sarah Moss i szczeliny istnienia.

Nuda. Nic się nie dzieje. Kilkanaście osób spędza wakacje w domkach w Szkocji. Leje rzęsisty deszcz. Co tu robić?

„Myślę, że gdy filozofowie mówią z rozpaczą o milczeniu bytu, wynika to z niezrozumienia mowy bytu, który nie zwraca się do nas jako całość, lecz poprzez konkret egzystencjalny, drobiny znaczące.

Milczenie bytu – a raczej fałszywe wrażenie milczenia – bierze się też z ogłuszającego gwaru ludzkich myśli i mowy, z hałasu, jaki wzbudzamy na planecie” – Jolanta Brach-Czaina „Szczeliny istnienia”.

Sarah Moss jest dla mnie pisarką szczelin istnienia. Tych nic nieznaczących drobin naszej codzienności, które w całości składają się na sens naszej egzystencji (a które nikną w zgiełku świata). Niewiele się w jej prozie dzieje w sensie wydarzeń. I trzeba to unieść czytając (mam pełną świadomość, że nie każdy zechce to uczynić, nie każdy polubi). A jednocześnie jej pisanie jest darem szczegółu. Tonu, w jakim nastolatka wypowiada słowa do matki. Wczorajszych majtek, które kobieta-matka zakłada do biegania, żeby potem, po wzięciu prysznica, wrzucić je do brudów. Zapomnianych słów, które za nic nie chcą się przypomnieć, ot, starość, zresztą przecież nie tylko głowa odmawia posłuszeństwa, nogi też już nie chcą nieść tak lekko jakby się chciało. Kubka gorącej herbaty zaparzonego dla męża, który poszedł bawić się z dziećmi, żeby dać ci chwilę spokoju (ale co robić z tym darowanym czasem?).

„Nasze zadanie – jak można wnosić – polegałoby zatem na umiejętności przeżycia wartości ostatecznej każdej chwili, a z drugiej strony na nadawaniu jej wartości absolutnej, przez nas samych ustalanej” – to znów Brach-Czaina.

Moss wydaje się pisać tak, jakby wiedziała doskonale, że w tym właśnie jest wartość. Mnie osobiście jej proza wciąga niczym spokój wody, pod którym wiele się wydarza. Mogę się gapić na gładką taflę jeziora i zastanawiać się co się pod nią kryje. Mogę czytać prozę Moss. Uczucie jest w pewnym sensie podobne. Pisarka odmalowuje przed nami pewne mikroświaty, wydaje się, że fragmentarycznie, ale przecież jest w nich odbicie jakiejś większej, znaczącej całości. Wymaga to jednak pewnego skupienia, żeby ją dostrzec. Nie mam tu bynajmniej na myśli, że jej prozę trudno się odszyfrowuje, że wymaga jakiś specjalnych umiejętności, treningu uważności. Czyta się ją stosunkowo łatwo i szybko. Rzecz w tym, że trzeba polubić to tempo, to „nic”. Literatura w ogromnej większości przyzwyczaja nas do czegoś innego.

„(…) i wreszcie, ta chwila, zmiana, cała staje się biegiem, tak jak kiedy wskakujesz do jeziora, a twoje ciało pyta, co robisz, woda jest lodowata, to są cycki, powinno im być ciepło, ale nie odpuszczasz, płyniesz, odpychasz się i suniesz, brzuch i płuca unoszą się tak jak w łonie matki, i nie jest już zimno, twoje ciało przywykło. Tak właśnie jest z bieganiem, kiedy pokona się pierwsze dwa kilometry. Ciało wie, co robić” – tym razem oddałam głos samej Sarah Moss.

Takie właśnie momenty łowi autorka „Cichych wód”. A ja przełożę ten opis na czytanie jej prozy. Na początku czujesz, że jest inaczej niż zwykle, o czym to jest?, do czego prowadzi?, ale potem zapominasz zadawać sobie takie pytanie, zostajesz tu i teraz. Nuda? Nic się nie dzieje? Jak to w życiu. Sztuką jest się tym wciąż fascynować.

Aga Szynal

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Więcej
Postów