BLOG O LITERATURZE KOBIET

Emilie Pine, miłość na długo.

Ten blog powstał po to, żebym mogła bezkarnie (korzystając z nieograniczonej ilości dostępnych znaków, które na Instagramie są limitowane) piać na temat tych tytułów literatury kobiet, które szczególnie mnie zachwycają, które szczególnie mam chęć puścić dalej w świat; dzielić się nimi, jak dobrem, które czasem można przegapić, a przecież byłoby szkoda.

Tak się jednak złożyło, że niedługo po założeniu tego bloga totalnie pochłonęło mnie wydawanie własnej powieści. Nie starczyło mi zatem energii na porządne teksty tutaj. Czterdziestka na karku ma tę dobrą stronę, że człowiek już wie, że nie zrobi wszystkiego w jednym czasie. I nawet nie próbuje. Pisałam zatem o moich zachwytach na Instagramie, w okrojonej co do ilości znaków, wersji, a na dłuższy tekst tutaj już nie starczało mi sił. Mimo wszystko to jednak straszna granda, że nawet się nie zająknęłam o Emilie Pine! Co, jak co, ale jestem głęboko przekonana, że to jeden z tych literackich głosów, który szczególnie zasługuje na usłyszenie.

Znam tylko dwie małe pozycje napisane przez Pine, co nie przeszkadza mi jej wielbić.

Po polsku jest tylko wydany przez nieocenione Wydawnictwo Cyranka autobiograficzny zbiór esejów „O tym się nie mówi”. To proza, która niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. Jej szczerość rozsadza system. Jej uczuciowość jest bezkompromisowa. Kobiecy głos wybrzmiewa w niej głośno i dobitnie. O tym się nie mówi, bo to kobiece. O tym się nie mówi, bo to nie wypada. O tym się milczy, ale Emily Pine zdecydowała, że milczeć nie będzie. Mini eseje o własnym życiu mówią o rzeczach skrajnie osobistych, Emily Pine zaznacza w pewnym momencie, że zastanawiała się, czy powinna się otwierać do tego stopnia, ale koniec końców składają się przecież na doskonałą literaturę; taką, która jest w pewny sensie uniwersalna – w jej historiach wiele z nas, kobiet, może się przejrzeć.

Jej pisanie jest znaczone krwią menstruacyjną (co za tabu!), niepłodnością i staraniem o dziecko, opieką nad chorym rodzicem, któremu trzeba zmieniać pieluchy i czyścić go z fekaliów, nastoletnim buntem, co nie bierze jeńców i wszelkie przekracza granice (czego?), menopauzą, co zmienia zapach śluzu, włosami na nogach i pod pachami, od golenia których robią się wypełnione ropą rany.

Emilie Pine pisze o uczuciach, ale jeszcze więcej pisze o ciele i własnej cielesności, tak jakby chciała nam powiedzieć, że można to robić, nic jej nie obchodzą zakazy; że ciało jest ważne i nie da się go oddzielić od intelektu, tak samo zresztą jak nie da się od niego odseparować emocji. Jesteśmy wszystkim naraz: mózgiem, fizycznością i odczuwaniem. Taka trójca składa się na człowieczeństwo. Rolą pisarki-kobiety jest przypomnienie o tym.

Wydawnictwo Cyranka deklaruje, że (czy dobrze pamiętam, że na jesieni?) planuje też wydać pierwszą powieść Emilie Pine „Ruth&Pen”. Przeczytałam ją po angielsku z polecenia @patsy_thebooklover (jeśli szukacie dobrej literatury anglojęzycznej, to bardzo warto zaglądać na jej profil na Instagramie) i nie wiem jak to możliwe, ale jestem chyba jeszcze bardziej zachwycona niż jej esejami. Może to też dlatego, że fikcja jest dla mnie zawsze królową, której literatura faktu nie potrafi dorównać? Nie wiem. W każdym razie ta powieść zostanie ze mną niedługo i już się nie mogę doczekać tłumaczenia, bo mam wrażenie, że polszczyzna pozwoli mi delektować się nią jeszcze mocniej, wychwycić wszelkie subtelności. Pine jako powieściopisarka jest mniej ostra, być może dlatego, że jest niezwykle empatyczna dla swoich bohaterów. Maluje ich rozumiejąco, niejednoznacznie, subtelnie, w złożony sposób. Przeplata się w tej książce masa ważnych, z punktu widzenia współczesnego czytelnika, wątków, takich jak autyzm, samotne macierzyństwo, aseksualność, bezpłodność, a wszystkie ono są doskonale wplecione w codzienność. Emilie Pine pisząc zdecydowanie nie wychodzi od „problemów” i bynajmniej tymi problemami i „kwestiami” nie epatuje.. Pisze o ludziach, wyjątkowych w swej złożoności i to na nich się skupia, a oni przeżywają najróżniejsze rzeczy. To raptem dwadzieścia cztery godziny z życia psycholożki, Ruth i nastolatki, Pen, a jest w nich cały ludzki wszechświat.

Emilie Pine to jeden z moich zachwytów, które niewątpliwie ostaną się w czasie. Zwróćcie na nią uwagę. Warto.

Aga Szynal

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Więcej
Postów