Literatura piękna 02 października, 2024

„Szkody. Opowieść o świecie minionym”, czyli jak Hanna Hoffman pisze dom, którego już nie ma.

Czasem, kiedy chce się wrócić do domu, trzeba go sobie napisać. Tak właśnie zrobiła Hanna Hoffman w „Szkodach”.

Szkody są, bo domu już nie ma. Zmarli ojciec i matka. A także dlatego, że Śląsk wciąga miejsca i budynki, świadków pewnego dojrzewania. Nie odda.

Pierwszoosobowa narratorka rekonstruuje swój świat „kundla”, jak się określa. Ślązaczka, ale też nie całkiem stąd. Rodzina jej ojca pochodzi z Wielkopolski. Ona sama, gdy pisze,  jest już Krakowianką z wyboru.

„Wyrosłam z prowincji, lubię małe światy i wciąż te same ulice. Raczej powolna krzątanina niż wielkomiejski rozmach, dreptanie po własnych śladach, nie cudzych. Z pozoru błahe chwile, które przekornie zostają w głowie na zawsze”.

Hoffman odmierza też w tej książce czas pewnego pokolenia. Tak się składa, że mojego, jest między mną a bohaterką tylko rok różnicy. Pojawiają się charakterystyczne sygnały-znaki: fartuszek, mleko z kożuchem, otwarcie pierwszego McDonnalds’a na Świętokrzyskiej (zabawne, sama o tym piszę), papież, który nie jest jeszcze memem,  Pamiętnik Szalonego Małolata. Itd.

Mimo tego nie czytam „Szkód” osobiście, raczej z fascynacją odkrywam nieznane mi światy. Autorka wnikliwie rekonstruuje losy swojej rodziny. Śląsk i Wielkopolska, w obu można było na przykład mieć dziadka, co służył w Wermachcie.  Nieznany mi język (świetnie zagrały u Hoffman te językowe wtrącenia).

Jest to dla mnie przede wszystkim opowieść o tym, że, jacy by nie byli, nasi przodkowie zostawiają nam w spadku jakiś dom, zakopany głęboko w nas samych. Przetrwa nawet na pełnej zapadlin ziemi Śląska. Póki my żyjemy.

Świetnie mi się czytało „Szkody”.

Aga Szynal

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *