Literatura piękna 08 kwietnia, 2024

To nie jest moja ulubiona Strout. „Lucy i morze”.

Mimo, że mam słabość do prozy Elizabeth Strout mam co do niej bardzo mieszane uczucia. Coś pomiędzy świetna jak zawsze, a kompletnie nie do zniesienia.

Zaczęłam od irytacji. Przypomniało mi się od razu stwierdzenie Pilcha, jeszcze przed śmiercią, a już po wybuchu pandemii; parafrazuję jego słowa z pamięci, ale chodziło o to, że pewnie wiele pisarek, pisarzy ostrzy sobie już pióra na ten temat, trzeba jednak uważać, może być grząski.  Za daleko (dla mnie) poszło u Strout przypisywanie łatwej symboliki pandemii. Nie podobał mi się (bardzo!) człowiek z ciemną aurą świadczącą o tym, że zachorował już na koronawirusa. Ani  włosy, które zrobiły się słabsze „bo doznały szoku”.  Ilość zdań typu: „Oh, William, William”, przekroczyła akceptowalną dla mnie dawkę.

Ale mimo tego ostatecznie odkładałam książkę z poczuciem, że jednak znów uchwyciła pisarka coś ważnego w zwykłości. Jakąś ogólną mentalną zmianę (choć czy okazała się trwała?). A także fakt, iż codzienność stała się polityczna i nie da się niemal o niej pisać nie uwzględniając tego czynnika. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale to chyba pierwszy raz kiedy Elizabeth Strout tak wyraźnie mówi o polityce?

Podsumowując, dla mnie jako fanki Strout było warto mimo wszystko. Choć jest to na pewno najmniej ulubiona książka z serii o Lucy.

Aga Szynal

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *