Literatura piękna 09 marca, 2026
Annie Ernaux „Powroty”. Zawsze ważne pisanie.
Kocham ją niezmiennie.
W prozie Ernaux znajduję tyle zahaczek, czyli zdań, obrazów, które poruszają mnie emocjonalnie i intelektualnie, że mogłabym właściwie w koło Macieju analizować tylko ją.
Noblistka obsesyjnie wraca do swoich tematów. Zdrady własnej klasy społecznej. Nauki i książek, które otworzyły jej inny świat. Wstydu, że należy się gdzie indziej niż się aspiruje. I robi to genialnie. Bo i tak za każdym razem wyciąga nowego królika z kapelusza. Tym razem scenę z dzieciństwa – gdy ojciec usiłował zabić matkę.
I nawet jeśli osobiście nie znam akurat uczucia wstydu związanego ze zdradzeniem swojej klasy, w końcu lata osiemdziesiąte to zrównanie w kolejkach po mięso, to i tak odbieram tę opowieść jako uniwersalną. W tym sensie, że pozwala mi zrozumieć innych, ale też – mogę ją przyłożyć choćby do naszego wstydu narodowego. Polski po 1989 roku, kraju z demoludów, która aspiruje do Zachodu, ale wciąż ma kompleks, że robi coś nie tak, że jeszcze dobrze nie zna zasad (choć stara się najpilniej, zawsze może się okazać, że myje ręce wybielaczem i jego zapach podrażni bardziej arystokratyczne nosy; nawiązuje tu oczywiście do sceny opisanej przez Ernaux).
Pisałam ostatnio, że mam dość wspomnieniówek. Ale Ernaux nie wspomina (choć tak); ona przystawiając lupę do własnego „ja” tworzy etnograficzną opowieść o świecie.
Jest w tym genialna.
„Powroty” są zresztą również ważną książką o pisaniu. Zatem istotną dla mnie również z tego punktu widzenia.
Przełożyła: Anastazja Dwulit
Aga Szynal