BLOG O LITERATURZE KOBIET

Czytanie jak medytacja. „Księgi Jakubowe” Tokarczuk.

Czytanie jej było trochę jak medytacja. Kiedy udaje się w niej zanurzyć nie istnieje nic innego, jesteś tu i teraz.  Czasem jednak natłok spraw sprawia, że myśli nie chcą puścić, zabierają na boki. Wtedy bywa, że ogarnia mnie frustracja. Były chwile (setki stron), gdy czułam się niemalże jak obecny tam skryba (nie uczestniczka, bo postać Jakuba Franka była dla mnie zbyt odpychająca). Były takie, kiedy moja uwaga odpływała na boki. Wiązało się to jednak raczej ze światem zewnętrznym jako rozpraszaczem, a nie słabszymi momentami tej powieści. Takich nie ma.

To literacki projekt ogromnego rozmachu. Każda książka powołuje do życia cały świat. Ta jednak robi to doszczętnie. A do tego ten świat jest niezwykle złożony. Trzy religie. Plus frankizm. Siedem granic. Różne narody.  A właściwie tygiel współistniejących  tożsamości. Wśród tych okoliczności zadziwiające życie prawdziwych ludzi (stworzenie takiej ilości prawdziwych psychologicznie postaci działających w realiach zupełnie innych czasów, wierzeń to prawdziwy majstersztyk).

To jedyna książka Tokarczuk od lat dziewięćdziesiątych, której nie przeczytałam od razu po jej wydaniu. Bo to tytuł na który potrzeba dużo przestrzeni. Nie miałam jej, gdy moje dzieci były małe. Teraz impuls do czytania wyszedł od @bookmacherki (dziękuję!).

Tokarczuk zawsze była dla mnie pisarką istotną, lecz nigdy ulubioną. Mam problem z mistycyzmem jej pisania. Jednocześnie sama wierzę głęboko własnej czytelniczej intuicji. Musiałam poczuć, że to dobry moment dla mnie osobiście na sięgnięcie po „Księgi Jakubowe”. I nie zachęcam do czytania ich nikogo kto tego nie czuje, tylko po to by „nadrobić” Noblistkę.

Aga Szynal

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej
Postów