Literatura piękna 01 lutego, 2024
Ponadczasowa literatura najwyższych lotów. Natalia Ginzburg i „Nasze dni wczorajsze”.
Minęło już ponad siedemdziesiąt lat od jej napisania. Minie kolejne kilkadziesiąt a czytanie Natalii Ginzburg wciąż będzie aktualne. To wyróżnik wielkiej literatury.
Zaczęłam od jej „Słownika rodzinnego” i poczułam, że we mnie zapadnie. Nie myliłam się. Po dwóch latach od lektury wciąż mocno siedzi w mojej głowie. „Nasze dni wczorajsze” oceniam równie wysoko.
Oczami dorastającej dziewczyny oglądamy pewną rodzinę we Włoszech czasów Mussoliniego. Relacja jest prowadzona najpierw z boku, bo narratorka tylko obserwuje, potem stopniowo przesuwa się do środka. Ale wciąż jest beznamiętna, przedstawia, nie tłumaczy. Nie ma wyróżnionych dialogów, są one tylko częścią całego opowiadania. Zagęszczającej się sytuacji. W żaden sposób nie wpływało to jednak negatywnie na płynność procesu czytania. Chłonęłam jak gąbka.
Bezbłędny jest sposób w jaki Ginzburg buduje charaktery swoich postaci. Każda z nich stała się dla mnie podczas czytania realną osobą, ludzką w swojej ułomności. Majstersztykiem jest zwłaszcza odmalowanie niespodziewanego bohatera, pełnego wad. Każda sytuacja jest przedstawiona z głębokim rozmysłem i z wielu mini scen można wysnuć kolejne pytania, ale też niekiedy niezwykle mi bliskie tropy odpowiedzi. Na przykład na temat tego, czym jest, a czym nie jest odwaga.
Wspaniała!
A wiecie, że Zeruya Shalev kiedy mówiła o ulubionych pisarkach obok Woolf wymieniła właśnie Natalię Ginzburg? Jako formującą przestawiła ją również kiedyś w czytanym przeze mnie wywiadzie Vivian Gornick. To się nie wzięło znikąd.
Cytat na zachętę:
„(…)kiedy los zapowiada nowe wydarzenia przy dźwięku fanfar należy być podejrzliwym. Fanfary towarzyszą zwykle wydarzeniom błahym i bez znaczenia, w ten sposób los żartuje sobie z ludzi, mami ich uniesieniem i muzyką trąb niebiańskich. Tymczasem rzeczy naprawdę ważne zdarzają się w życiu niespodziewanie, wytryskują nagle jak źródło”.
Aga Szynal