BLOG O LITERATURZE KOBIET

„Miłość i cienie”. Isabel Allende nawet gdy nie jest w najwyższej formie nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

Isabelle Allende jest niesłychanie płodną pisarką. Wyczytuję po kolei jej książki i sporo już za mną, ale wciąż jeszcze wiele nie znam. Niewątpliwie ma dar opowiadaczki i to widać we wszystkich jej tytułach. Ale są jednak ono mocno nierówne. Zdarzają się takie jak „Dom duchów”, czy „Córka fortuny”, olśniewające wg mnie. Zdarzają bardzo dobre, jak „Długi płatek morza”, na pewno wiele z tej lektury zapamiętam. I te po prostu niezłe –  jak „Miłość i cienie” (wyczytałam gdzieś, że to druga w dorobku autorki powieść, może więc jest to kwestia rozwoju talentu, który wymagał szlifierki czasu).

Tym razem nieco się nudziłam w pierwszej połowie, trzeba było dość długo czekać na zadziergnięcie akcji, świat przestawiony nie wciągał mnie tak jak przeważnie u Allende. Ale ostatecznie jednak – znów Allende świetnie użyła swojego pióra w imieniu swojego ukochanego rodzinnego kraju, Chile i zrobiła to dobrze. Znów pokazała coś ważnego. Coś, o czym trzeba było uświadomić świat. Zabójstwa zbrodniczego terroru. Ludzi, którzy o nich nie zapomnieli. I Kościół, który wsparł biednych w drodze do prawdy. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie zestawienie tego ostatniego wątku z książką Wlekłego „Nie nasz papież” i informacjami o tym jak długo Watykan, ogarnięty obsesją antykomunizmu, wspierał wojskowe dyktatury w tym regionie świata. Przymykał oko nawet na zabójstwa księży, którzy stali po stronie uciskanego ludu (jak ci opisani u Allende).

Ostatecznie zatem warto czytać „Miłość i cienie” choćby z tego ostatniego powodu. A generalnie – Allende w ogóle warto czytać.

Aga Szynal

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej
Postów