Literatura piękna 27 stycznia, 2026
Dobra klasyka wiecznie żywa. „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell.
Czy po tym jak czytało się Mayę Angelou i Toni Morrison można jeszcze z przyjemnością wrócić do „Przeminęło z wiatrem”? Napisanego z perspektywy maksymalnie rasistowskiego (i przy okazji maksymalnie seksistowskiego) Południa?
Można i będę bronić tej powieści, bo po drugiej lekturze, po latach od pierwszego sięgnięcia po nią, jestem w niej absolutnie, całym sercem, zakochana.
Przede wszystkim dlatego – że jest tak bezwględnie literacko dobra. Ma moc najbardziej wciągającego czytadła, naprawdę nie byłam w stanie jej odłożyć w nocy, a po odłożeniu zasnąć. A przy tym – pozostaje diabelnie mądra. Psychologicznie, obyczajowo, po ludzku po prostu. Zmusza do myślenia. Stworzenie bohaterki takiej jak Scarlett – to majstersztyk. A do tego to jedna z nielicznych powieści tego czasu, w której dominują kobiety, bo oprócz Scarlett jest jeszcze Melania, kompletnie różne, szalenie mocne. I ich zadziwiająca, nieoczywista, przyjaźń.
Choć oczywiście sposób przedstawiania osób czarnoskórych jest nie do przyjęcia, to wydaje się wypływać ze sposobu narracji pokazującej świat oczami jego przedstawicielki. Biorę go zatem w nawias, ale dzięki temu lepiej rozumiem kontekst historyczny w Stanach, pewien sposób myślenia. Potrzeba pokoleń, by go wykorzenić; po to – warto znać.
Czy jestem niekonsekwentna po tym, jak upierałem się, że rasistowskie i seksistowskie „W pustyni i w puszczy” nie powinno znajdować się na liście lektur? Uważam, że nie. Główna różnica? Sienkiewicz w tym wydaniu śmiertelnie nudzi dzieci. Skazywanie ich na kilkaset stron tortur tylko po to, by pokazać kontekst wydaje się być pozbawione sensu. A dodatkowo lektura to przymus. Po „Przeminęło z wiatrem” polecam sięgnąć fakultatywnie. Choćby po to, żeby czasem móc sobie powiedzieć: „Pomyślę o tym jutro”. Bo: „Mimo wszystko jutro będzie nowy dzień”.
Aga Szynal