Blog o literaturze kobiet

„Dni pamięci” Geraldine Brooks. Jak wyszarpać sobie prawo do żałoby.

To jest książka o tym, że musimy sobie wyszarpać prawo do żałoby. Ona jest nam potrzebna, a nie mieści się w schemacie naszego obecnego życia, które wymusza ucieczkę do przodu. To powoduje, że dławimy się wewnętrznie smutkiem. Żałoba to rytuał przejścia, który może nas przed tym ochronić. Geraldine Brooks dwa lata po śmierci męża jedzie na wyspę spędzić trochę czasu na opłakiwaniu go. Oraz żalu za przyszłością bez niego (który jest częścią żałoby). Ma świadomość, że fakt, iż w ogóle może sobie na to pozwolić czyni ją osobą uprzywilejowaną. Oraz świadomość – że tak być nie powinno. Jest pisarką, więc […]

Czytaj więcej »

„Położne” Sabiny Jakubowskiej, czyli druga część historii Polski od strony porodów.

Wzbudziła we mnie ta powieść duże emocje. Może jeszcze mocniejsze niż „Akuszerki”, bo ta odmiana, która odbyła się w zakresie funkcjonowania porodów dotyczyła już bezpośrednio moich babć i mamy (a więc i mnie samej). Były miejsca, przy których płakałam ze wzruszenia. Polecam ją czytać, bo nie ma takiej drugiej. Życie i łaskawość śmierć znów toczą swój taniec. Sabina Jakubowska ponownie opowiada nam, w „Położnych” historię Polski całkiem od nowa, bo z innej perspektywy – matki, która daje życie niezależnie od tego, czy na zewnątrz właśnie szaleje wojna, czy UB wsadza AK-owców do więzienia. „- Czy ktoś kiedyś widział dobre czasy? […]

Czytaj więcej »

Annie Ernaux „Powroty”. Zawsze ważne pisanie.

Kocham ją niezmiennie. W prozie Ernaux znajduję tyle zahaczek, czyli zdań, obrazów, które poruszają mnie emocjonalnie i intelektualnie, że mogłabym właściwie w koło Macieju analizować tylko ją. Noblistka obsesyjnie wraca do swoich tematów. Zdrady własnej klasy społecznej. Nauki i książek, które otworzyły jej inny świat. Wstydu, że należy się gdzie indziej niż się aspiruje. I robi to genialnie. Bo i tak za każdym razem wyciąga nowego królika z kapelusza. Tym razem scenę z dzieciństwa – gdy ojciec usiłował zabić matkę. I nawet jeśli osobiście nie znam akurat uczucia wstydu związanego ze zdradzeniem swojej klasy, w końcu lata osiemdziesiąte to zrównanie […]

Czytaj więcej »

„Pierwsze wspomnienie” Any Marii Maute. Dobrze napisana proza, którą mijam.

Późne lata 30, wojna domowa w Hiszpanii. Jej matka nie żyje, ojca uwięzili frankiści, więc Matia zostaje wysłana do surowej, mało jej wcześniej znanej babki, na Majorkę. Mieszka tu razem z kuzynem, Borją i jego matką, swoją ciotką; uczy się pod opieką zatrudnionego specjalnie w tym celu opiekuna. Ana Maria Maute uchwyciła w tej prozie dojrzewanie – jako moment utraty niewinności, tę chwilę, gdy bielmo opada z oczu i widzimy całe zło świata, jego paskudę. Językowo mi się podobało, czułam duszność tych czasów, pętlę, która zaciskała się na wielu gardłach. Wagę moralnych wyborów, których trzeba było dokonywać. Sięgnęłam po nią […]

Czytaj więcej »

Niefabularna proza o dużej sile rażenia. „Szum” Magdaleny Tulli.

Miała to być mocarna literatura piękna i niewątpliwie jest. Jak to się dzieje, że tak o niej w gruncie rzeczy cicho, nie wiem, bo to wysoka półka polskiej prozy. Tyle, że z gatunku tej trudnej. Ciężko znaleźć odpowiednie słowa na „Szum” Magdaleny Tulli, bo to pisanie szalenie wsobne, które tworzy własny wszechświat przesiąknięty metaforami. Są rozmowy z lisem, Warszawa pełna duchów esesmanów, sąd najniższy, telefony do zmarłych; jak to zabrzmi poza tym wszechświatem, ciężko powiedzieć. A jednak w nim samym to jest głęboko osadzone, na miejscu. Ma swoją melodię, smutną, ale taką, która wpada w ucho, łatwo się ją zapamiętuje. […]

Czytaj więcej »

„Rodzeństwo” Moyi Herngren. Wciągająca literatura środka; o relacjach.

Czasem z biadolenia na Instagramie wynikają wyśmienite rzeczy. Jak tym razem. Brakowało mi współczesnych książek z bohaterkami, które nie są pisarkami, dzieniikarkami, profesorkami ani pracownicami kultury, bo czasem mam wrażenie, że literatura kręci się tylko wokół bardzo specyficznego środowiska, co zaczyna mnie nieco nudzić i @lemufy.blog poleciła mi „Rodzeństwo”, gdzie jedna z głównych bohaterek jest architektką, właścicielką własnego studia projektowego. Cieszę się, że tak się stało. Prawdę mówiąc prawdopodobnie kieruje się nieco stereotypami, bo kwietna okładka książki sprawiłaby, że pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi, sądząc, że to obyczajówka nie w moim stylu, zbyt romantyczna albo płaska. Błąd. Dostałam coś […]

Czytaj więcej »

Na wskroś moja proza współczesna. „Antropolodzy” Aysegul Savas.

„Chciałam opisać dwoje ludzi, którzy kochają się bez żadnych komplikacji”. To zdanie Aysegul Savas sprawiło, że od razu wiedziałam, że sięgnę po „Antropologów”. Zresztą sam tytuł też wskazywał, żebędzie o tym, co mnie interesuje najbardziej – o niby nic nie znaczących szczegółach codzienności,które składają się na nasze życie. Już po pierwszych stronach byłam pewna, że nie pomyliłam się ani trochę. Do tego doszło natychmiastowe skojarzenie z „Do perfekcji” (widziałam gdzieś w recenzji, że nie tylko moje)a chwilę potem konstatacja – ale to jest lepsze; w każdym razie bardziej moje.  To książka o dwójce ludzi, młodym małżeństwie z dwóch różnych krajów, […]

Czytaj więcej »

Wielka pisarka Południa Stanów. „Kolor purpury” Alice Walker.

Latami nie mogłam się do niej zabrać. Trochę może dlatego, że wiedziałam, że będzie o rasizmie i trochę się bałam rozjechania walcem  tej przerażającej przecież opowieści o tym, jak jedni ludzie odczłowieczają drugich, żeby móc ich maksymalnie eksploatować. I rzeczywiście, zaczęło się z najgrubszej rury przemocy i wykorzystania. Ale ostatecznie okazało się, że im dalej w las tym bardziej ta historia była o tym, co w tytule: kolor purpury to ten stworzony dla zachwytu. Bo w życiu zawsze można znaleźć coś do zachwytu. Jak odnaleźć te zachwyty? Czasem drogą do nich bywa drugi człowiek. Celia, główna bohaterka jest niewolniczo podporządkowana […]

Czytaj więcej »

„Czerwona rzeka” Louise Erdrich. Dojrzewanie w Dakocie Północnej.

„Czerwona rzeka” to nie jest moim zdaniem jedna z tych powieści, które koniecznie trzeba przeczytać, bo świat będzie o niej dyskutował jeszcze bóg wie ole czasu. Choć jej autorka, Louise Erdrich, jest zdobywczynią Pulitzera i National Book Award, więc może się mylę. Ale za to okazało się, że jest to ten typ książki, w który po prostu dobrze mi się weszło i w którym zatonęłam po uszy, a to zawsze uczucie, którego w literaturze szukam; swego rodzaju odłączenie od świata zewnętrznego i koncentracja na tym wymyślonym. Kłopoty Kimset, która właśnie kończy szkołę i zastanawia się, co dalej, zwłaszcza, że jej […]

Czytaj więcej »

Dopiero dojrzałam do Dąbrowskiej. „Noce i dnie” po drugim czytaniu.

Warto wracać do klasyki. „Noce i dnie”  dopiero w drugim czytaniu (bo pierwsze nastąpiło w wieku nastoletnim, zbyt wcześnie) odsłoniły przede mną swoją wybitność. Bo jest to niewątpliwie lektura, która oparła się czasowi, na poziomie równym choćby „Brudenbrookom” Manna. Jaka szkoda, że Maria Dąbrowska nie doczekała się Nobla, do którego była wielokrotnie typowana. Zasługuje na najwyższe docenienie. Ale może tym najwyższym jest po prostu bycie czytaną z wypiekami na twarzy po przeszło wieku? Ta powieść w 4 tomach opowiada o rozpadzie pewnej klasy; a więc i o wyłanianiu się nowego świata. To cenne samo w sobie, ale tym ciekawsze, że […]

Czytaj więcej »

Newsletter

Chcesz, żebym raz w miesiącu poleciła Ci najlepszą przeczytaną przeze
mnie książkę? Zapisz się na newsletter.

Loading